Najnowsze posty



W ostatni tydzień moich wakacji wybrałam się do Trójmiasta. Był to chyba jeden z najlżejszych wyjazdów dla mojego portfela i taki był zamiar. Wrzesień nie jest porą roku sprzyjającą do opalania się i kąpieli w morskich falach naszego Bałtyku, więc tym razem postawiłam z przyjaciółką na zwiedzanie Sopotu, Gdyni i Gdańska.

Architektura Sopotu

Sopot jest przepiękną nadmorską miejscowością, która rozczula architekturą. Spacerując ulicami czułam się jak w kadrze angielskich albo francuskich filmów (nie mam pojęcia skąd takie skojarzenie). Jeżeli macie okazje warto zajechać do Sopotu, zobaczyć te urokliwe kamieniczki i spacerkiem zajść na sopockie molo!


Muzeum II wojny światowej w Gdańsku


Nowe muzeum o nietypowej architekturze (ma przypominać wbity pocisk do ziemi), zadowoli łaknących wiedzy turystów. Modernistyczne rozwiązania co do aranżacji wnętrza, interaktywne wystawy w połączeniu z treścią sprawią, że wyjdziesz z muzeum pełen wrażeń i refleksji na temat II wojny światowej. Wydawało mi się, że na ten temat wiem już prawie wszystko, ale w tym miejscu czekało na mnie miłe rozczarowanie. Jestem usatysfakcjonowana, szczególnie, że muzeum nie skupiało się tylko na kwestii polskiej podczas wojny. Nigdy nie zapomnę tego widoku: Starszy pan oglądający wraz z panią o podobnym wieku film z ostrzeliwania Westerplatte.  Staruszek opowiadał wspomnienia i historie z jego dzieciństwa na ten temat. Wzruszający  widok. 

PS: we wtorki wejście do muzeum jest bezpłatne!

Góra Gradowa

Idealne miejsce, jeżeli w obiektywie aparatu chcesz uchwycić widok na Gdańsk. Z takiej perspektywy te miasto staje się jeszcze piękniejsze. Żałuję, że nie miałam okazji wejść tam po zmroku, myślę, że widoki byłyby bardziej urokliwe. Wejście oczywiście jest bezpłatne, więc śmiało można się tam kierować.
Przy wejściu na górę trzeba się troszkę wysilić, ale naprawdę się opłaca. :)



Gdańsk Oliwa

Osiedle, które wyróżnia przepiękny park, który jest pełen zielni, stawików. Mają nawet ogród japoński- prowizoryczny, powiedziałabym, ale chyba nad tym jeszcze pracują.
 Kiedy przejdziesz spacerkiem po parku kieruj się do Katedry - ponoć to najdłuższy kościół w Polsce! Nie jest fanką architektury świątyń, ale w środku znajdują się przepiękne rzeźby, inne od tych które znam. Nawet podobizna Maryi z dzieciątkiem Bożym wygląda bardziej ludzko.





Kotka Cafe

Wracając z parku warto zajść do dość nietypowej kawiarni, w której gospodarzami są koty. Kawiarnia jest domem dla gromady, przesłodkich kociaków, które umilą ci czas przy kawce i ciastku.
Obsługa tutaj jest przesympatyczna. Dba jednocześnie o komfort zwierząt i klientów. Miejsce o przepięknym wnętrzu, przystosowanym do kocich potrzeb. Zdecydowanie ta kawiarnia wydaje się być sympatyczniejsza i bardziej profesjonalna od Miau Cafe w Warszawie. Jeżeli pojawicie się w Gdańsku musicie się wybrać tam na kawkę i ciasto - mniam!










Molo i klify - Gdynia Orłowo

Już z słynnego mola w Sopocie widać imponujące widoki z Gdyni Orłowo. Postanowiłyśmy się tam wybrać. Najbardziej klimatyczne miejsce w Trójmieście według mnie. Szum wody, promienie słońca odbijające się od morza, spacer po molu i przepiękne widoki w stronę klifów. To właśnie one zrobiły na mnie ogromne wrażenie, mogłabym siedzieć po tamtej stronie godzinami, czytać książki i przyglądać się falom. Miejsce ma potencjał jeżeli mowa o zdjęciach, dlatego jeżeli masz ze sobą aparat, szukasz pleneru - to chyba dobrze trafiłeś. Ciekawostką dla mnie było to, że niedaleko mola stał dom Stefana Żeromskiego. Ludzi bezdomnych nie trawię, ale żałuję, że nie zdecydowałyśmy się odwiedzić jego domu.








Pierożek- najlepsza pierogarnia w Gdyni

Hańbą jest, nie spróbować ryby nad polskim morzem, ale od chwili, w której znajdowałam się w Sopocie, przyjaciółka zachwycała się pierogami z Gdyni. Ponoć najlepsze jakie jadła! No ja, smakosz i miłośnik pierogów nie mogłam sobie odmówić tej wizyty. Sama pierogarnia wygląda przeuroczo. Na słynne pierogi przychodzą tłumy turystów i tutejsi. Mają tutaj pierogi gotowane, opiekane, zapiekane, na słodko, na słono, aj lista jest długa. Pierożki są przewyborne, bez żadnego kulinarnego nadęcia tylko domowej roboty. Oprócz pierogów, godna pochwały jest herbata. Nigdy nie piłam w żadnym lokalu herbaty z tak dużego kubka! Jeżeli będziecie w okolicy, albo planujcie wyjazd nad morze - musicie konieczne tam pójść. Najlepiej nic nie jeść przed wizytą bo tam się je za dwóch!



Po przeczytaniu Królowej Tearlingu miałam czytelniczego kaca. To było tak dobre, że ciężko mi było się otrząsnąć i sięgnąć po kolejną książkę. Po jakimś czasie, zakupiłam dwie dalsze części trylogii. Druga z serii, Inwazja na Tearling nie była wcale gorsza i podtrzymuje poziom swojej poprzedniczki.

Główna bohaterka oswaja się z rolą królowej, oraz mocą klejnotów. Widać, że nie panuje nad tym,  staje się bardziej impulsywna, co ma wpływ na działanie jej ukrytych mocy. Wojsko Szkarłatnej Królowej jest coraz bliżej murów Tearlingu, wrogowie rosną w siłę, a młodziutka królowa ma coraz więcej problemów.


Książce nadal towarzyszy klimat ponurego kraju celtów, jednak tym razem zostaje skonfrontowana z wizjami Kelsea, które pokazują przeszłość i tutaj jest ten element zaskoczenia. Dotychczas myślałam, że świat wykreowany przez autorkę jest osadzony w czasach średniowiecza, ale jakie było moje zaskoczenie, czytając, że przed akcją, która obecnie się toczyła,  była era elektroniki i porządek świata jaki mamy teraz. E. Johansen dobrze wykorzystała atut książki. Wyróżnia się od pozostałych, które są o podobnej tematyce, chociażby ta słynna Czerwona Królowa, która była totalną klapą.


W nietuzinkowy sposób autorka poruszyła wątki miłosne, egzystencjalne, politologiczne. Nie dość, że naprawdę przyjemnie się ją czyta, to też poszerza nasze horyzonty. Miłostki władczyni nie były w żadnym razie przesadzone, nie towarzyszyła jej dziewczęca naiwność, za co cenię tą postać. Była bystra i racjonalna nawet w sprawach sercowych, choć jej obiekt uczuć trochę namieszał w jej głowie.

Udaje się nam poznać nieco lepiej Szkarłatną Królową, jej przeszłość i motywy. Wychodzi na jaw jaką jest osobą, jakie ma cele i w co kobieta jest zamiesza, co pokazuje dlaczego człowiek wybiera życie w mroku. Poznajemy również przeszłość Buławy, która również jest wstrząsająca. Czytelnik nie może się oprzeć wrażeniu, że bohaterzy książki są bardzo ludzcy, co jest kolejnym przykładem dobrej pracy pisarki. 

Kolejny raz Erika Johansen pokazuje swoim czytelnikom, że nie jest typową pisarką wśród innych niewyróżniających się autorek. Warto sięgnąć po jej książki. Z czystym sumieniem mogę polecić wam całą serię. 

CYTATY

Technologia jest tylko na tyle skuteczna, na ile skuteczni są ludzie, którzy się nią posługują.


Aisa wiedziała, że miłość istnieje, ale jest sprawą drugorzędną. Bo miłość na pewno nie była tak namacalna jak jej miecz.


Szaleństwa młodości nie są mi obce. Ale żal potrafi ciągnąć się za człowiekiem długo po tym, jak młodość przeminie.



Od największego ruchu emigracyjnego w naszym regionie mija blisko sto lat. Bieżeństwo (bo tak nazywa się ten ciężki okres dla uchodźców) było ucieczką przeszło ponad milion ludzi, którzy zostawili cały swój dobytek, aby ratować siebie od ,,złego Niemca’’ i ruszali na wschód, do Rosji.
Aneta Prymaka Oniszk w swoim reportażu Bieżeństwo 1915. Zapomnieni uchodźcy sięga do starych kronik, pamiętników, prac historyków i fotografii , aby przybliżyć odbiorcy tragedię ludzi. Książka jest żywym, pomnikiem pamięci o tych, którzy przeżyli wyczerpującą podróż do innego świata.



Kiedy propaganda rosyjska o niebezpiecznym okupancie niemieckim dochodzi do ludności wiejskiej, przerażeni nie wiedzą co mają robić. Wahają się. Wsie, należące do katolików, których wiązało się z Polakami, byli uświadamiani, że im nic nie grozi, powinni zostać aby odbudować państwo. Ludność prawosławna (Białorusini, Ukraińcy), która zamieszkiwała podlaskie tereny przez zawirowania historyczne i zmiany granic, żyli obok Polaków, paradoksalnie czując się wypchniętym na margines społeczny. Mieli swój język, swoje problemy i wartości, a prawosławny (potocznie nazywany ruski, albo kacap) miał kompleksy widząc, że gorzej się go traktuje od katolika. Ten problem powraca wiele razy w książce A. Prymaki Oniszk. W każdym razie, ludność prawosławna za radą swoich duchownych, którzy stanowili poważany autorytet wśród chłopskiego środowiska ruszyli w kierunku Matki Rosiji, aby uciec od frontu w poszukiwaniu lepszego życia i warunków do bytowania.
Skala uchodźców przerosła wszystkich.  Ciągnący się pas drewnianych, załadowanych po brzegi wozów z końmi, biegających wokół dzieci, szlochających matek i zmęczonych mężczyzn nie miał końca. Ich tułaczka nie miała konkretnego celu. Ludzie szli przed siebie, przeżywając  dramaty rodzinne, wewnętrzne rozterki, choroby, głód i pragnienie. Na tych historiach skupiała się również autorka.





Reportaż został napisany niezwykle rzetelnie i z pasją.  Autorka opowiada historię z punktu widzenia osoby trzeciej, ale również opierała się na wspomnieniach swoich  i innych potomków bieżeńców. 
Bohaterami książki są ludzie. Ci co odeszli, ci co pamiętają, ci co pomagali.

Opisane wrażenia, wspomnienia z traumatycznej podróży uświadamiają człowieka, jak nasz byt jest kruchy. Czym naprawdę propaganda, niesprzyjający los i przemijanie.
Współczesne społeczeństwo tak bardzo skupia się na gadżetach, na wygodzie, na chorej polityce, że potrafi zapomnieć  co powinno być ważne w ich życiu.
Książka jest przykładem, jak łatwo odebrać człowiekowi  jego rzeczy, dom,  przynależność  i najbliższych.  Jest też kolejnym dowodem, jak ciekawym regionem jest  Podlasie.


Mnie książka urzekła. Was też musi.

źródło zdjęć: https://biezenstwo.pl/zdjecia-2/




Wyobraźcie sobie moi drodzy, że zostałam zaspokojona. Od dawna nie miałam w ręku tak dobrej, przemyślanej, oryginalnej książki. Mam na myśli Pachnidło Patricka Suskinda.


Pachnidło opowiada historię odgrywającą się w XVIII wieku, dokładniej we Francji. W przeludnionej, obskurnej stolicy narodził się chłopiec, który sam w sobie był już niezwykły. Jan Baptysta Grenoulie miał wyjątkowo rozwinięty zmysł węchu. Niektórych to przerażało, jednak on sam dążył do odkrycia najpiękniejszego zapachu i stworzenie pachnidła.

Książka prowadzona narracją o pięknym stylu (naprawdę dawno nie czytałam tak wyszukanego, nietuzinkowego przyjemnego dla oka słownictwa). Znajdowały się zaskakujące opisy przestrzeni i przede wszystkim zapachów, które pomagają odbiorcom wyobrazić piękno perfum, woni i aromatów, które pojawiały się w książce.

Miłym zaskoczeniem była sama kreacja bohatera. Grenoulie jawił się jako dziki pasjonat perfum i pięknych zapachów. Był szaleńcem i geniuszem zarazem. Mimo, że był to główny bohater powieści, nie odznaczał się człowieczeństwem, nie miał cech herosa, a nawet tych fundamentalnych wartości jak miłość czy przyjaźń. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że kierował się zwierzęcym instynktem aby zdobyć to czego chciał. 

Historia tego dziwnego człowieka w odległych dla nas czasach jest dobrze opowiedziana, napisana i wykreowana. Śledzimy głównego bohatera od narodzin, aż do śmierci i ani przez chwilę narrator nie pozostawia złudzeń co do natury Grenoulie. Nie da się go polubić, przez co książka jest nietypowa. 

Jak dla mnie Pachnidło jest fenomenalną książką. Nie potrafię znaleźć czegoś, co bym mogła poddać krytyce. Mogę polecić każdemu i sama na pewno wrócę do tej pasjonującej lektury.

~Cytaty~

Ludzie bowiem mogą zamykać oczy na wielkość, na grozę, na piękno, i mogą zamykać uszy na melodie albo bałamutne słowa. Ale nie mogą uciec przed zapachem

 talent jest niczym, a wszystkim jest doświadczenie które zdobywa się skromnością i pracą

 I ponad nocnym krajobrazem swej duszy poszybował do domu swego serca

 Zapach bywa niekiedy daleko bardziej przekonywujący niż słowa, błysk oczu, odczucie i wola. Perswazyjna siła zapachu jest nieodparta, wnika w nas jak powietrze do płuc, wypełnia nas, przepaja, nie można się przed nią bronić.



Z miesiąca na miesiąc moje wyzwanie nabiera rozpędu. Kolejna książka, którą miałam przyjemność pochłonąć była jak czekoladowe ciasteczko - wciągające, pyszne i stanowczo za małe. Folwark Zwierzęcy, kolejne dzieło spod pióra Georga Orwella, które postanowiłam uwzględnić w moim wyzwaniu jest bezapelacyjnie majstersztykiem swojego kowala.

Książka jest niedługim opowiadaniem, którego akcja dzieje się w Anglii. Widzimy typową farmę pełną zwierząt: kur, kaczek, koni, bydła, owiec, psów i świń a ich właściciel jest przygnębionym pijaczyną. Orwell wykreował szary, ponury świat w jakim to główną role grają zwierzęta, które pragną stworzyć własną utopie bez śladu człowieka.

Czytając, od razu wyczuwałam nawiązania do komunizmu, rewolucji w Rosji i tego strasznego ustroju. Orwell wprowadził w nas w brutalny świat ludzkich idei i kłamstw, który zetknął się z dzikością zwierząt, wyrwaną z rąk ,,nic wartego człowieka''.

Same zwierzęta i ich hierarchia była przemyślana, odzwierciedlała cechy ludzi np.: pracowitość, inteligencja, pasywność, chytrość, poświęcenie;

Orwell nie mówi wprost, którego bohatera mamy lubić. Brnąc coraz dalej w opowiadanie sami odkrywamy kto kim jest, to trzyma wodze, kto jest pachołkiem, kto jest dobry, a kto nie.

Podczas lektury może nam towarzyszyć złość, żal, podekscytowanie. Ale czy to właśnie oto chodzi w dobrych książkach, aby wywierały na nas emocje, impuls do zastanowienia się nad otaczającym nas światem?


Na sam koniec, co uwielbiacie - cytaty!


Człowiek jest jedynym stworzeniem, które konsumuje, niczego nie produkując. Nie daje mleka, nie znosi jaj, jest zbyt słaby, by ciągnąć pług, nie potrafi dogonić królika. A jednak jest panem wszystkich zwierząt. Zapędza je do pracy, przydziela minimalne ilości pożywienia, by nie głodowały, a resztę zatrzymuje dla siebie.'
Czy nie jest zatem, towarzysze, jasne jak słońce, że całe zło naszego życia ma przyczynę w tyranii człowieka?
Normalność nie jest kwestią statystyki.


Już jakieś pół roku w internecie było głośno o Rupi Kaur i jej ,,tomiku poezji’’. Wszyscy zaczęli się fascynować okładką, która przeciąga odbiorców swoją estetyczną, białą grafiką na czarnym tle. Pojawił się wysyp  zdjęć z tą właśnie okładką Mleko i miód. Wszyscy chwalą autorkę, ale za każdym razem, kiedy widzę pochlebne komentarze i recenzje na blogosferze zaczynam tracić wiarę w ludzi.

Studiuję filologię polską, poświęciłam wiele godzin na poezję, rodzajów wersyfikacji, rymów i innych rzeczy, które pewnie was średnio interesują.  Hype na dobrze zapowiadającą się Mleko i miód był ogromny, więc miesiąc po polskiej premierze skusiłam się i kupiłam książkę.  Przesortowałam ją w 5 min. Skończyło się na tym, że miałam ubaw i na przystanku na głos recytowałam fragmenty z książki, które dla mnie były denne, mdłe i zwykłe.

Ktoś może poczuć się urażony i nazwać mnie ograniczoną osobę, dla której liczą się wielkie słowa pisane stylem podniosłym, gloryfikując kubek z kawą (w chwili kiedy to pisałam, piłam pyszną kawkę).  Ale sens w tym, że gloryfikując taki właśnie kubek z kawą stoimy przed artyzmem, czymś niespotykanym. Dobór słów, pomysł, symbolika, rytm i nawet te głupie rymy oraz zabawa językiem świadczy już czymś niebanalnym.
Ktoś powie: Ejże, Rupi pisze wierszem białym przecież to samo w sobie jest niebanalne!  Ja bym się nie zgodziła. Nic wykwintnego tutaj nie znajdziemy, tylko krótki, niewierszowany tekst krzepiący serca naiwnych i smutnych nastolatek.  Brakuje jeszcze hashtagu: #tmblrgirl#sadgirl .


Jedyne, co mnie pociesza to piękna oprawa graficzna książki, która towarzyszy tym krótkim tekstom.  Stanowią pewną podpowiedź jak interpretować wiersze, chociaż z drugiej strony odwraca uwagę od tekstu, który jest i tak krótki. 

Rupi Kaur nie zaskoczyła mnie niczym  i chociaż w polskiej wersji  językowej nie znajduje nic do głębszej analizy, pewnej zadumki, której jednak wymagam od wierszy,  to może w wersji anglojęzycznej lepiej to się czyta.  Autorka wraz z jej dziełem szybko wpłynęła na morze rynku wydawniczego, rozwinęła żagle i brnęła coraz głębiej. Myślę, że pójdzie tak samo szybko na dno.

Mleko i miód jest dowodem, że dobry marketing i szata graficzna zrobią swoje, a tłum naiwnych istot to kupi, przeczyta i będzie uważało się za miłośników poezji bo przeczytało jeden (atfu) tomik wierszy.

PS: Oh żeby nie było, że wylewam dzban hejtu na biedną autorkę, to dodam, że książkę zabrałam na wydział i pokazałam swoim kolegom. Mieli ten sam pogląd co ja, a ubaw jeszcze większy.

Bardzo długo zwlekałam z kontynuacją wyzwania, choć o nim pamiętałam. Natłok obowiązków i niedokończone książki sprawiły, że  odsunęłam swoje postanowienie na bok. Jednak wracam  z nie byle czym!

Grzechy Hetmańskie zostały napisanie przez Józefa Ignacego Kraszewskiego, wybitnego pisarza i historyka, który podjął się wielu tematu historycznych w swoich powieściach (najbardziej póki co, jestem zainteresowana Kwiatem paproci i Starą baśnią). 


Treść opowiada o losach Jana Klemensa Branickiego - jednego z najbardziej wpływowych magnatów w Polsce, rezydujący w Białymstoku. Hetman przyczynił się do rozwoju i promocji sztuki teatralnej oraz samego miasta Białystok- mojego miasta. Równolegle poznajemy Beatę, która została wdową. Kobieta żyje ubogo, a nadzieję pokłada w synie - Teodorze. Młodzian ukończył nauki, wrócił do matki, a sam Branicki chciał, aby ten zaczął z nim współpracować.

Świetnie napisana powieść, oprócz ciekawej historii skupiała w sobie istotne opisy miejsc z dawnego Białegostoku i Choroszczy. Opisane ogrody, huczne bale, strzelanie fajerwerków i słynne imieniny Branickiego, na które przybywały najważniejsze postacie ówczesnej Polski (np.Stanisław August Poniatowski, brat żony Branickiego, jednak kontakt gospodarza z królem były dosyć skomplikowane z powodu rywalizacji o tron, przeciwne obozy władzy. Oprócz króla, zawitał Ignacy Krasicki, reszta magnaterii, inni sławni poeci m.in. Franciszek Karpiński). 

Barwne opisy miejsc, strojów, obyczajów, balów jest solidną podstawą do badania historii Wersalu Podlasia (ciekawostka: Pałac Branickich był i nadal jest przepiękną budowlą z zespołem ogrodowym. Co prawda w czasie zawirowań wojennych, utracił swój autentyczny wygląd, jednak nadal kusi swoim przepychem, a ówcześni nazywali pałac właśnie Wersalem, jako odpowiednik oryginalnej siedziby Ludwika XIV). Przebieg fabuły nie jest w całości poparty na faktach, jednak wcześniej wymieniane opisy były autentyczne, gdyż wuj Kraszewskiego brał udział w uroczystościach Branickiego.

Książka jest kopalnią złota dla miłośników historii, dla tych, którzy interesuje polskie Oświecenie i kultura szlachecka. Ja miałam okazję przeczytać tą nietuzinkową powieść z przyjemnością, mimo, że w gruncie rzeczy posłużyła mi do celów naukowych.