STAR WARS - ROGUE ONE. RECENZJA FILMU

By | 12:59 2 comments


Ta recenzja będzie całkowicie inna od wcześniejszych. Mianowicie dotyczy filmu i to nie byle jakiego, tylko najnowszego spin-offu  kultowej sagi star wars. Nie było okazji by dla większego grona odbiorców pochwalić się faktem, że jestem maniakalną miłośniczką Gwiezdnych Wojen i wszystkiego co się tego tyczy! Teraz jest ku temu okazja. Świeżo po premierze piszę dla was swoje spostrzeżenia!

Już na samym początku twórcy dają  nam jasny sygnał brakiem kultowego ,,wejścia smoka'' w postaci lecących w górę żółtych napisów z zarysem fabuły, że to jest spin-off, a nie główna historia tego uniwersum. Większość fanów to na pewno wystraszyło i odepchnęło (w tym mnie). Z tyłu głowy miałam myśl ,,Boże co to będzie za kał''. 

Spotykamy się ze światem, świeżo po zdobyciu kontroli w galaktyce przez Imperium (czyli po III cz ,, Zemsta sithów'' i przed IV cz. ,,Nowa nadzieja''). To kolejny film z tej serii od Disney, gdzie głównym bohaterem jest kobieta. Tym razem poznajemy losy Jyn, która jest córką inżyniera, twórcy Gwiazdy Śmierci, przez co jest cennym źródłem informacji dla Rebeli, która próbuje przeciwstawić się Imperium.
Akcja rozwija się w szybkim tempie, w sumie momentami za szybkim, a przy tym pojawiają się  nagle kluczowe, drugoplanowe postacie, chociaż tak na prawdę za wiele o nich nie wiemy, śmiem powiedzieć, że nic o nich nie wiemy. Wyjątkiem jest Jyn, którą poznajemy od dechy do dechy. 

Zdecydowanie przez większą część filmu widzimy sceny walk, strzelanin, ucieczek, co nie powinno dziwić, jednak jak to określił mój brat: ,, wygląda jak Szeregowiec Ryan w kosmosie''. Cóż się dziwić, przecież to wojenny film...
Mimo wszystko, przez cały seans brakowało mi potyczek mieczami świetlnymi - które uwielbiam m.in. że robią naprawdę świetne widowisko. 

Film oprócz losów Jyn, Cassaiana i reszty, przekazuje jak zawsze równolegle ważne wartości w tamtej trudnej rzeczywistości. Przede wszystkim często pojawia się słowo ,,Nadzieja''. To już nas zbliża do IV części, tej fundamentalnej, która nawet w tytule ma nadzieję. 
Widzimy, też rozgrywającą się tragedię rodziny Jyn, ale jednocześnie niesamowitą, wzruszającą miłość ojcowską (jak dla mnie rzadko spotykaną).
Najbardziej utkwiła mi w pamięci scena strzelaniny na planecie Jedha, która może niebezpośrednio nawiązywała do walk w Afganistanie, lub Syrii z terroryzmem i całą szajką tzw. państwa islamskiego. Szczególnie kostiumy owych terrorystów atakujących szturmowców były bardzo wymowne.

Ogromnym plusem było ograniczenie roli Lorda Vadera  do zbędnego minimum. Zagrał (jeżeli pamięć mnie nie myli) w trzech scenach i poczułam tą siłę i postrach przed mrocznym rycerzem i tylko Bogu dzięki, że głos podkładał stary odtwórca roli Vadera. Nie tylko on został przywrócony do życia, również Tarkin się pojawił, jednak jego postać woła o pomstę do nieba! Nie lubię takich  komputerowych ulepszeń, przynajmniej fani mieli okazję to złośliwych żarcików.

Główne, największe, rozczarowanie tyczy się muzyki. Wiedziałam, że tym razem John Williams nie współpracował z reżyserem, co budziło obawy, jak później się okazało, słuszne. Muzyka moim zdaniem była bez polotu. Brakowało klasycznego ,,The Imperial March'' i innych, bo jak na moje (dosyć głuche ucho) brzmiało jak ich przeróbka. Jednak na napisach końcowych spotkałam się z cudowną melodią skrzypiec, które uwielbiam i na prawdę żałowałam, że spotkała mnie dopiero na sam koniec. 

A propos końca... 

Smutny jest los naszych nowych bohaterów, poświęcili się dla sprawy, a kończą tragicznie. Scena ostateczna dla planety Scarif  dotknęła mnie. Jednak reżyser, uznał, że akcja jak toczyła się w zawrotnym tempie, tak musi i teraz i zabiera nas od obrazu smutku i rozpaczy do sceny, która trwałą dosłownie jakieś cztery minut przed ,,Nową Nadzieją''.

Odczucia? Podobało mi się! Fakt, że ta historia niczego nowego nie wnosi, tak jak ,,Przebudzenie Mocy'', która daje nowe pole do popisu dla twórców. Mimo tego, nie rozczarowałam się Łotrem, przeżyłam (dosyć szybko) smutną historię, która ukazuje nowe światło dla uniwersum Georga Lucasa ( on sam przyznał, że Rogue One mu się podoba). Nie pożałujecie wizyty w kinie na tym filmie. 
Jakbym miała dać ocenę to takie mocne 7/10. 

NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!

2 komentarze: Leave Your Comments

  1. Ta "część" o wiele bardziej mi się podobała niż Przebudzenie mocy. Bardziej czuć ten klimat starych części. Tylko faktycznie ta muzyka... Ale rola Vadera była cudowna. Pojawiał się w idealnych momentach. I końcówka... Jeszcze po tych ostatnich wydarzeniach końcówka po prostu powaliła mnie na kolana

    Pozdrawiam
    TO Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń
  2. Sceny z Vaderem były dopracowane z przyjemnością się delektowałam tymi minutami :D

    OdpowiedzUsuń